Winylowa gorączka

Wraz z urodzeniem się mej latorośli skończyć się miał świat, jaki znam. Dosłownie wszystko miało legnąć w gruzach lub przynajmniej zostać odłożone na później. Wydatki na drobne przyjemności miały stać się wydatkami na pieluchy, ubranka i zabawki. Przynajmniej tak wieszczyli znajomi, którzy temat znają. Jako pasażer pikującego samolotu postanowiłem więc spełnić jedno ze swych minimarzeń. Kupiłem gramofon. Przepadłem.

Dolary, marki, funty, jeny

Od kilku lat w prasie i internecie pojawiają się artykuły wieszczące powrót mody na winyle. Trochę to zabawne, bo ten trend już zadomowił się na tyle, że nie ma co mówić o pojawiającej się modzie. Można już, a nawet należałoby pisać o winylomanii. No bo jeśli Tesco w Wielkiej Brytanii (w 2014 r.) wprowadza winyle do sprzedaży detalicznej, to wiedz, że coś się dzieje. Ale najdobitniej widać to chociażby po rosnących liczbach sprzedaży. Z roku na rok winyle wykrawają coraz większy kawałek muzycznego tortu. W Stanach Zjednoczonych w pierwszym półroczu 2015 roku przychód ze sprzedaży czarnych krążków przerósł dochody uzyskiwane z reklam, jakie towarzyszą darmowemu odsłuchiwaniu muzyki na takich platformach jak Spotify, YouTube czy Vevo. A tendencje zwyżkowe sprzedaży popularnego placka nie ustają. Bo jak głosi raport RIAA, w pierwszym kwartale tego roku w USA ten współczynnik sprzedaży wzrósł o ponad 50% (względem roku ubiegłego), co daje ponad 20-procentowy udział w rynku wszystkich sprzedanych fizycznych nośników muzyki.

W Polsce ten trend jest także odczuwalny. Na stronie internetowej Związku Producentów Audio-Video w podsumowaniu sprzedaży roku 2015 możemy wyczytać: „Najbardziej spektakularny wzrost notują płyty winylowe. Ich wartość w porównaniu z rokiem ubiegłym wzrosła o 56,90%, osiągając sprzedaż na poziomie 12 mln zł. Największy udział w rynku płyt winylowych mają artyści zagraniczni, którzy stanowią ponad 70%, jednak polscy artyści systematycznie rosną w siłę, podwajając w roku ubiegłym wyniki sprzedaży z ponad miliona złotych w roku 2014 do prawie 2,3 mln w roku 2015”.

Alchemia winyla

W Polsce od 25 lat nie działała żadna tłocznia winyli. Polscy wykonawcy musieli posiłkować się tłoczniami z Czech, Niemiec czy Francji. Od grudnia zeszłego roku ten stan rzeczy się zmienił, gdyż zaczęło działać w Warszawie GM Records. Cała historia wydaje się dość niesamowita. W czasie kiedy założyciele GM Records myśleli o uruchomieniu tłoczni, nie produkowało się nowych maszyn do tłoczenia winyli, a stare pojawiające się na aukcjach osiągały horrendalne kwoty. Przez swoje znajomości oraz zwykłe szczęście dotarli do dobrze zakonserwowanych maszyn. Urządzenia te należały kiedyś do firmy Arston, która w latach swej świetności potrafiła wypuścić na rynek 250 tysięcy sztuk albumu Franka Kimono. Niestety, wraz ze spadającym popytem spadała też opłacalność biznesu. Arston zakończył swą działalność z przytupem, popadając w długi, czego następstwem było zajęcie linii produkcyjnej przez komornika. Ale tu nie koniec całej historii. Maszyny nie posiadały specyfikacji technicznej, czyli – mówiąc potocznie – nie bardzo wiedziano, jak one działają. Ale i tę przeszkodę udało się pokonać. Pracownicy GM Records odszukali Krzysztofa Morawca, który blisko 30 lat temu pracował w Arstonie, i zatrudnili go u siebie. Historia zatoczyła koło. A zwykli odbiorcy mogli się cieszyć winylem na nowo wytłoczonym w Polsce, a był nim koncert Budki Suflera z Przystanku Woodstock.

Pozytywny szpan?

Co jest takiego magicznego w tym okrągłym kawałku polichlorku winylu, że na powrót obserwujemy renesans jego świetności? Odpowiedź na to pytanie nie będzie jednoznaczna. Jedni z pewnością wspomną o bardziej naturalnym i cieplejszym brzmieniu. Dla drugich będzie znaczący motyw celebracji słuchania muzyki, który w dzisiejszym pędzącym (i ze wszech miar cyfrowym) świecie będzie formą wytchnienia. Jeszcze inni powiedzą o graficznej oprawie albumu, kolorze samego winyla, który niekoniecznie musi być czarnym kołem. Ot – małe dzieło sztuki. A może wszystkie te czynniki składają się w spójną całość? Jak w każdym przypadku, gdy mówimy o sztuce, tak i tu pojawia się też element kolekcjonerski. Bo za winylem może stać ciekawa historia. Tak jak w przypadku singla zespołu The Quarrymen „That’ll Be The Day/In Spite Of All The Danger”. W skład grupy wchodzili: John Lennon, Paul McCartney i George Harrison. Ale nie ostrzcie sobie pazurków na tego białego kruka. Egzemplarz na świecie jest jeden i posiada go właśnie Paul McCartney.

Przyjaciel wpadł w odwiedziny. Cel wizyty prozaiczny. Chciał sprawdzić, czy berbeć bardziej do mamy czy taty podobny. Omiótł pokój wzrokiem. – To kiedy wieszamy tę półkę na górze? Zdębiałem. Po ostatniej renowacji mieszkania myślałem, że temat prac remontowo-budowlanych mam załatwiony co najmniej na lat dziesięć z okładem. I wtedy dostrzegłem swoje winyle, bezbronnie i spokojnie leżące na dole. – To może masz czas w przyszły piątek? – odpowiedziałem. I nie myślcie, że powodem był egoizm. Kiedyś je przekażę. No bo jak by to wyglądało: ojciec przekazujący dziecku listę na Tidalu?

Artykuł pierwotnie ukazał się w Muzycznym Informatorze Culturalnym nr 9

Może Ci się także spodobać

grafika: Kamil Pieśniwski

Rewia, getto i Hollywood

Damon Albarn i kamień filozoficzny

Umarł rock, niech żyje jazz?

MIC Zbigniew Wodecki

Zbigniew, o którym nikt nie słyszał