Sampler: Antony and the Johnsons

Hope There’s Someone [Mam nadzieję, że jest ktoś]

Na okładce płyty: zdjęcie. Widzimy łóżko oraz leżącą w nim kobietę otoczoną bukietami ciętych kwiatów. Wszystko utrzymane w minimalistycznych, czarno-białych barwach. Wymuskane, artystyczne, a jednocześnie surowe, mroczne i w jakiś nieoczywisty sposób dojmująco smutne. 

Ta intuicja się potwierdza: sfotografowaną kobietą jest Candy Darling, a zdjęcie zostało wykonane przez słynnego Petera Hujara w 1973 roku, w szpitalu, zaledwie kilka miesięcy przed jej śmiercią – ta nadejdzie 21 marca 1974 roku, a jej przyczyną będzie chłoniak. Kiedy umiera, w wieku zaledwie 29 lat, Candy Darling już jest legendą artystycznego podziemia i środowisk LGBTQ+. W historii popkultury zaistniała jako muza Andy’ego Warhola, występując w takich jego filmach jak Flesh (1968) czy Women in Revolt (1971). Ale przecież nie tylko, bo to o niej Lou Reed śpiewa w drugiej zwrotce słynnego Walk on the Wild Side (z płyty Transformer, 1972), że nigdy nie traci głowy, kiedy uprawia seks oralny (gra słów niemożliwa do przetłumaczenia na język polski). W końcu, to jej przypada tytuł jednej z pierwszych transpłciowych gwiazd popkultury, czym przełamała niejedno tabu. Nie jest to bez znaczenia w kontekście drugiego albumu zespołu Antony and the Johnsons, I Am a Bird Now z 2005 roku, którego okładkę zdobi wspomniane zdjęcie. W końcu nazwa grupy nawiązuje do Marshy P. Johnson, transpłciowej aktywistki nierozerwalnie związanej z kluczowymi dla tęczowej społeczności LGBTQ+ zamieszkami w nowojorskiej dzielnicy Stonewell z 1969 roku. W końcu liderka grupy, Anohni, też jest transkobietą.

„Candy Darling on Her Deathbed” / fot. Peter Hujar, 1973

Zacznijmy od kilku podstawowych wyjaśnień, głównie tych dotyczących języka, a tym samym rzeczywistości bezpośrednio determinowanej przez kwestie tożsamości płciowej. Anohni jest kobietą, mimo że urodziła się jako Antony Hegarty i pod takim oficjalnym nazwiskiem – obecnie jest to jej deadname – długo występowała, miedzy innymi w okresie działalności grupy Antony and the Johnsons, a więc w latach 1996–2015. Tranzycję – czyli korektę płci, a nie jej zmianę – przeszła na początku drugiej dekady XXI wieku, i to wtedy ogłosiła światu swoje prawdziwe imię Anohni. Imię wcale nie nowe, bo już wcześniej właśnie tak zwracali się do niej najbliżsi. Również płeć Anohni nie jest nowa – wszak od urodzenia jest kobietą, tyle że przez długi czas uwięzioną w męskim ciele. Pamiętać o tym warto również wtedy, kiedy opisuje się jej poczynania artystyczne z czasów sprzed tranzycji. Bo choć oficjalnie funkcjonowała wtedy jako mężczyzna o nazwisku Antony Hegarty, to przecież była to tylko niewygodna i narzucona jej maska, a ona zawsze była i jest kobietą. Tak samo jak Candy Darling, nie tylko obecna na okładce najsłynniejszej bodaj płyty zespołu Antony and the Johnsons, ale również stanowiąca główną inspirację utworu otwierającego tę płytę, być może najpiękniejszego w całym repertuarze grupy.

W tekście Hope There’s Someone Anohni snuje rozważania na temat życia i śmierci. Biorąc za punkt wyjścia wspomniane wcześniej zdjęcie wraz z jego bogatym kontekstem – a więc osobą na łożu śmierci (zarówno w teledysku towarzyszącym piosence, jak i na okładce singla w rolę tę wciela się Joey Gabriel) – artystka stara się postawić w miejscu takiego kogoś. Kogoś umierającego i boleśnie świadomego tego procesu. Kogoś znajdującego się na progu przejścia z jednego miejsca w drugie, nieznane, i dlatego na swój sposób przerażające. I choć trudno uznać Anohni za osobę wierzącą, to w jej projekcjach nieuniknionego pobrzmiewa jakaś potrzeba duchowości czy wręcz nadprzyrodzoności. A jeśli weźmiemy pod uwagę przynależność artystki do środowiska LGBTQ+, to zasadne wydaje się tu pośrednie odwołanie do symbolu tęczy.

Anohni / fot. Alice O’Malley / materiały prasowe artystki

Anohni / materiały prasowe artystki

Warto pamiętać, że tęcza nie jest tylko znakiem rozpoznawczym osób nieheteronormatywnych wraz z ich sympatykami i sympatyczkami. Oprócz tego, tęcza symbolizuje też przejście, rodzaj pomostu – bardziej metaforycznego niż rzeczywistego – pomiędzy dwoma stanami, dwoma światami, dwoma rodzajami doświadczeń. Poniekąd stąd wywodzi się chrześcijańskie rozumienie tęczy, którą często interpretuje się jako znak przymierza między Bogiem i stworzonymi przez niego ludźmi. Tęcza jest więc rodzajem quasi-nadnaturalnego zjawiska, które przez wieki uchodziło za znak obecności absolutu (a i obecnie znajdą się pewnie tacy, którzy w to wierzą). W gruncie rzeczy jednak nie ma w niej niczego niezwykłego czy boskiego, co udowodnił już Izaac Newton, któremu metodami naukowymi (dokładnie: przy pomocy pryzmatu) udało się rozdzielić tęczę na jej poszczególne składniki. Nawiązując do tego wydarzenia, w książce Rozplatanie tęczy: nauka, złudzenia i apetyt na cuda Richard Dawkins zauważa: „Istnieje tyle tęcz, ile jest jej obserwatorów. W oczach poszczególnych osób, patrzących na deszcz z różnych miejsc, światło płynące od wielu zbiorów kropli tworzy układankę w kształcie tęczy. Szczerze mówiąc nawet każde nasze oko widzi inną tęczę. I chociaż wydaje się nam, że jadąc drogą, wszyscy oglądamy »jedną« tęczę, to w rzeczywistości tych tęcz jest cała seria, jedna po drugiej” (tłumaczenie Monika Betley). A więc nie ma jednej tęczy, jest ich nieskończona wręcz liczba. Tak jak nie ma jednego przepisu na życie i jednego przepisu na śmierć: niech żyje różnorodność, niejednolitość, mozaikowatość!

Nie wiem czy sama Anohni właśnie tak rozumie napisane i wyśpiewane przez siebie słowa. Ale jeśli tak, to może liczyć na mnie: że tam się spotkamy, na drugim brzegu tęczy.

Mam nadzieję, że jest ktoś

mam nadzieję, że jest ktoś,
kto się o mnie zatroszczy,
kiedy będę na progu śmierci,
i pozwoli mi przejść na drugą stronę

mam nadzieję, że jest ktoś taki,
kto ulży mojemu zgnębionemu sercu,
kiedy wszystko inne będzie w rozpadzie

gdzieś na drugim krańcu tęczy,
tam, gdzie morze całuje niebo,
pojawia się duch
widzę go, kiedy kładę się spać
jak teraz mogę zasnąć?
jak dać odpocząć mojej skołowanej głowie?

przeraża mnie to miejsce gdzieś pośrodku
między światłem i nicością
nie chcę być tą, która tam zostanie,
którą właśnie tam porzucą

gdzieś tam, na dalszym końcu tęczy
na linii morza i nieba majaczy człowiek
tak bardzo chciałabym móc już zasnąć
czy więc, jeśli padnę do jego stóp,
to pozwoli odpocząć mojej skołowanej głowie?

pozostaje nadzieja, że nie utonę,
że nie sparaliżuje mnie światło z głębi morza
bo sam przecież wiesz, jak bardzo nie chcę
iść tam, gdzie odchodzą foki

mam nadzieję, że jest ktoś,
kto się o mnie zatroszczy,
kiedy będę na progu śmierci,
i pozwoli mi przejść na drugą stronę

mam nadzieję, że jest ktoś taki,
kto ulży mojemu zgnębionemu sercu
kiedy wszystko inne będzie w rozpadzie

Hope There’s Someone

Hope there’s someone
Who’ll take care of me
When I die, will I go?

Hope there’s someone
Who’ll set my heart free
Nice to hold when I’m tired

There’s a ghost on the horizon
When I go to bed
How can I fall asleep at night?
How will I rest my head?

Oh I’m scared of the middle place
Between light and nowhere
I don’t want to be the one
Left in there, left in there

There’s a man on the horizon
Wish that I’d go to bed
If I fall to his feet tonight
Will allow rest my head?

So here’s hoping I will not drown
Or paralyze in light
And godsend I don’t want to go
To the seal’s watershed

Hope there’s someone
Who’ll take care of me
When I die, will I go?

Hope there’s someone
Who’ll set my heart free
Nice to hold when I’m tired

Może Ci się także spodobać

Blues funeral

Latarnik

Dziewczyny, do przodu!

Polska karuzela festiwalowa