grafika: Kamil Pieśniwski

Rewia, getto i Hollywood

Z całą stanowczością można stwierdzić, że dwudziestolecie międzywojenne, a tym samym wszystko, co z nim związane, ponownie wkradło się do popkultury i zadomowiło na dobre. Modę na wszystko, co „retro”, z pewnością pomogła rozpropagować serialowa produkcja TVP pt. „Bodo”, która przybliża życie jednego z największych artystów swoich czasów, prawdziwego amanta, gwiazdę estrady i kina. Bogdan Eugène Junod, bo tak naprawdę się nazywał, tym samym pojawił się w wielu domach, a wraz z nim fragment świata, który istniał przed wojną, a odszedł wraz z jej wybuchem. Abstrahując od artystycznych walorów owego serialu, jego rola w przywracaniu wspomnień i klimatu dni minionych zdaje się nie podlegać dyskusji. Bodo artystą był nieprzeciętnym, ale jak to zazwyczaj bywa, za jego sukcesami stali nie mniej zdolni twórcy – kompozytorzy i autorzy tekstów. Rzecz jasna oni zazwyczaj są w cieniu solisty, taka już natura tego fachu. Zachwycając się urokiem świata kabaretów, rewii i filmowych przebojów, warto jednak wspomnieć wizjonerów, którzy owe formy doprowadzili do perfekcji i dzięki nim możemy nucić „Umówiłem się z nią na dziewiątą” czy „Tango milonga”. Najważniejsi z zapomnianych to tekściarz i satyryk Andrzej Włast oraz kompozytor i autor piosenek Henryk Wars.

Andrzej Włast, a w rzeczywistości Gustaw Baumritter, świat rewii i kabaretów odkrył w Łodzi dzięki starszemu koledze Julianowi Tuwimowi, z którym przyszło mu po latach pracować w kabarecie Qui Pro Quo. Z Tuwimem zresztą nieustannie go zestawiano jako tego, który postawił na ilość, a nie jakość. W istocie Włast napisał blisko dwa tysiące tekstów do przedwojennych piosenek, co dziś brzmi nieprawdopodobnie. Pamiętać jednak należy, że zaczynał wcześnie, w 1914 roku.  Kiedy skończył 19 lat,  miał już za sobą kabaretowy debiut w warszawskim Teatrze Udziałowym. Rozwijającą się karierę przerywa jednak wojna, ale los (póki co) okazuje się dla niego łaskawy – nie walczy, zostaje przydzielony do wydziału propagandy w sztabie generalnym. Po wojnie nic już nie mogło przeszkodzić w karierze zdolnego satyryka. Pisze piosenki dla Hanki Ordonówny, zaczyna pracę z kompozytorem Jerzym Petersburskim. Powstają ich wspólne przeboje: „Ja się boję sama spać” czy nucone wówczas w  każdej knajpie, na rogu każdej niemal ulicy „Tango andrusowskie”. Nawet samo słowo „przebój” należy kojarzyć z Andrzejem Włastem, gdyż to on zainicjował konkurs na odpowiednik  popularnego wtedy słowa „szlagier” i „przebój” zwyciężył.

Wojna przerwała pełne kolorów życie najpopularniejszego przedwojennego tekściarza. Jak wielu jego przyjaciół trafił do warszawskiego getta, skąd próbowano go wydostać. To tam napisał jedną z najsmutniejszych polskich piosenek, a swoją ostatnią: „Warszawo ma”, do znanej melodii żydowskiej „Di sztetele Belz”. Dokładna data jego śmierci nie jest znana. Niektóre źródła podają, że zginął tuż za bramą  getta, z którego udało się go wyciągnąć jego przyjaciołom. Pisarz spanikował na widok gestapowca i został zastrzelony podczas ucieczki. Choć określano Andrzeja Własta mianem „króla szmiry”, to dziś należałoby o nim mówić jako o pionierze muzyki popularnej. Nikt tak jak on nie potrafił korzystać z melodramatycznych klisz, szmoncesu (dowcipu opartego na humorze żydowskim) i języka codziennego, co sprawiało, że jego teksty śpiewali wszyscy: od salonów po ulicę. Krytyką zresztą się nie przejmował, o czym świadczą jego słowa: „Dancing, salon, ulica to wymarzeni, bo jedyni adresaci piosenki. Jeśli oni ją śpiewają, to znaczy że trafiła w każdy gust”.

W 1927 roku zbiegają się drogi Własta i Warsa. Razem będą pracować w stworzonym przez siebie teatrze rewiowym noszącym nazwę Morskie Oko. Nikt nie nadążał za światowymi trendami lepiej niż ten duet. Było w ich teatrze wszystko: od amerykańskich tańców wywodzących się z jazzu aż do przepychu na miarę Moulin Rouge. Kryzys roku 1933 położył jednak kres ich wspólnej działalności. Włast jednak się nie poddał i do 1939 roku prowadził music-hall  Wielka Rewia.

Historia życia Henryka Warsa, który podobnie jak Włast był w pełni zasymilowanym Żydem, z pewnością ma bardziej optymistyczne zakończenie, choć obfitowała w niezwykle barwne, ale i niebezpieczne wydarzenia. Podobnie jak jego partner z Morskiego Oka, brał udział w I wojnie światowej, z tą różnicą, że do wojska zgłosił się sam, wiedziony wpajanym w domu rodzinnym głębokim patriotyzmem. Doświadczenia wojenne sprawiły, że porzucił studia rozpoczęte na wydziale malarstwa warszawskiej ASP i postanowił związać swe życie z muzyką, na którą zdawał się być skazany – jego starsza siostra była solistką mediolańskiej La Scali, młodsza – pianistką. Emil Młynarski namówił go, aby zapisał się do konserwatorium, a lekcji kompozycji udzielał mu sam Karol Szymanowski. Poza muzyką klasyczną w życiu Warsa pojawiła się miłość do jazzu i swingu. Ta zaś zaprowadziła go wprost do filmu, który coraz mocniej zdobywał serca publiczności. Zadebiutował muzyką do obrazów Henryka Szaro. Aranżował również rewie, w tym najsłynniejszą „Rewię Hollywood”, w której polskie sławy wystąpiły m.in. u boku Bustera Keatona. Łatwość, z jaką Włast pisał słowa piosenek, towarzyszyła również Warsowi przy komponowaniu. Do momentu wybuchu wojny skomponował muzykę do niemal 50 filmów. Lekkość i melodyjność jego utworów przekładała się na popularność piosenek. Klasykami są dzisiaj „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, „Sex appeal” czy „Tylko we Lwowie”. Za tymi hitami stoi właśnie Wars. Jak można przypuszczać, widmo wojny zawisło również nad kompozytorem, ale miał on zdecydowanie więcej szczęścia niż Włast. Z transportu do getta udało mu się uciec, następnie trafił do Lwowa, gdzie spotkał wielu artystów warszawskich scen, m.in. wspomnianego Bodo. Tu ponownie dopisało mu szczęście. Z racji tego, że był twórcą muzyki do radzieckich filmów, nie zesłano go w głąb Związku Radzieckiego, a dzięki talentowi trafił do Armii Andersa, z którą przeszedł cały bojowy szlak, tworząc z Jerzym Petersburskim i Henrykiem Goldem orkiestrę wojskową Polish Parade. Po wojnie, w 1947 roku, wyemigrował do USA. I gdy po długim czasie niepowodzeń wydawało się, że nic w jego kompozytorskim życiu się już nie wydarzy, nastąpił nieoczekiwany przełom. Listy polecające od Artura Rubinsteina odniosły skutek i Wars, a teraz już Henry Vars, dostał angaż w wytwórni Johna Wayne’a. Zaczął od kilku odcinków „Bonanzy”, a skończył na kilkudziesięciu pełnometrażowych produkcjach dla największych wytwórni: Universal, Columbia  i Warner Bros. „Seven Men From Now”, „Flipper” czy „Big Heat” to tylko kilka z nich. Jego piosenki śpiewali Bing Crosby, Doris Day i Brenda Lee.

Życie Henry Varsa, czyli droga od warszawskich kabaretów do wzgórz Los Angeles, to materiał na produkcję iście hollywoodzką. Życiorysy Andrzeja Własta i Henryka Warsa mówią o losach Polaków, polskich Żydów i międzywojennych artystów więcej niż niejeden serial, film czy piosenka. Czy o pamięć o nich ktoś się upomni, jak upomniano się o Eugeniusza Bodo? Zespół Makabunda czy Stanisława Celińska próbują, wszak wykonywane przez nich pieśni to twórczość obu panów, ale czy odbiorcy mają tego świadomość?  Często słychać w branży filmowej utyskiwania na słabość scenopisarstwa w naszym kraju. A przecież wybitnych scenariuszy nie musimy szukać w Hollywood, wystarczy głębiej sięgnąć choćby do historii polskich artystów, rzecz jasna nie tylko międzywojnia. Choć sam Andrzej Włast na ten patos zapewne zareagowałby śmiechem, wszak „pisać o mej książce żaden skryb nie musi / Lepiej, gdy nikt o niej nie napisze z was / Milsze jest mi zdanie Zosi lub Maniusi / Niż fachowe wasze obnażanie skaz”.

Artykuł pierwotnie ukazał się w Muzycznym Informatorze Culturalnym nr 11

Może Ci się także spodobać

Winylowa gorączka

Damon Albarn i kamień filozoficzny

Umarł rock, niech żyje jazz?

MIC Zbigniew Wodecki

Zbigniew, o którym nikt nie słyszał