Kolekcjoner / Duża czarna i jej fan

Płyta winylowa jest najlepszym i najbardziej trwałym nośnikiem w historii fonografii – mówi Mieczysław Stoch. Kolekcjonowaniu winyli poświęcił całe życie. Jak powstała największa i najlepsza kolekcja płyt winylowych w Europie Środkowo-Wschodniej?

To nie jest piwnica, jakich wiele. Tu nie składuje się rowerów ani weków na zimę. Od podłogi aż po sufit półki, idealnie wygłuszone ściany, miękka wykładzina na podłodze, dyskretnie rozlokowany system audio. Wszędzie płyty winylowe. Ile ich jest? – Nie mam pojęcia. Już dawno przestałem je liczyć. Może czterdzieści tysięcy? – zastanawia się Mieczysław Stoch, posiadacz jednej z największych i na pewno najlepszych kolekcji płyt winylowych w Europie Środkowo-Wschodniej. – Część zakopałem w ogródku – śmieje się. – To fantastyczna sprawa: wracam do domu i mogę wybierać spośród najlepszych płyt, jakie kiedykolwiek wydano. Czasami sam sobie zazdroszczę.

Z winylem przez świat

Salon Art Reco w Warszawie – tu można posłuchać i kupić płyty winylowe gdzie indziej niedostępne. Do wyboru klasyka, jazz, rock, pop. Melomani przychodzą tu nie tylko na muzyczne łowy. Wielu ceni sobie rozmowę z właścicielem, Mieczysławem Stochem, który dzieli się nie tylko swoją wiedzą o muzyce, lecz także czarką aromatycznej zielonej herbaty. A jak zielona herbata, to Japonia, gdzie Stoch spędził wiele lat i dokąd podróżuje nawet kilka razy w roku. Oczywiście po winyle, także z sentymentu – to w Japonii zaczęła się jego kolekcjonerska pasja.

Do Japonii wyjechał po raz pierwszy w 1986 roku na stypendium ufundowane przez japońskie ministerstwo nauki. Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, stypendium też. Stoch nie chciał jednak wracać do Polski. – Wymyśliłem biznes z płytami. Zacząłem sprowadzać do Japonii oryginalne wydania płyt winylowych z Polski, Niemiec, potem już z całej Europy i z USA. Wcześniej sprzedaż płyt z zagranicy była tam zabroniona. Nic dziwnego, że Japończycy zachłysnęli się nowymi możliwościami. W tamtym czasie gospodarka Japonii znakomicie prosperowała. Ludzie mieli pieniądze i chcieli je wydawać, także na przedmioty kolekcjonerskie, rzadkie i cenne.

Języka japońskiego Stoch nauczył się w rok. Dzięki temu mógł bezpośrednio współpracować z właścicielami sklepów płytowych. Sprzedawał im winyle, a oni prosili o więcej. To był dobry czas, czas prosperity. Mimo to postanowił z żoną Amy wrócić na początku lat dziewięćdziesiątych do nowej Polski, był jej bardzo ciekawy. Znowu ten sam dylemat: Co tu robić? Z czego żyć? Pomysł na biznes pojawił się szybko: wydawnictwo Ars Mundi produkujące płyty CD. W portfolio progresywny rock, post punk, rockabilly, hard rock i artyści tacy jak: Armia, Partia, Lao Che, Lizard, Abraxas, Collage. Ciekawy wybór, jak na miłośnika muzyki klasycznej, który w domowym zaciszu wzrusza się, gdy słyszy Stabat Mater w wykonaniu Giovanniego Pergolesiego.

Stoch wydawał więc płyty CD, ale zbierał winyle. Początek lat dziewięćdziesiątych wyjątkowo sprzyjał kolekcjonerom. – Ludzie wyrzucali winyle do śmieci, sprzedawali za psi grosz. Mówili, że nie są im potrzebne, że tylko zajmują miejsce w domu. Dawałem ogłoszenia w lokalnej prasie. Codziennie dostawałem siedem, osiem telefonów. Od robotników i profesorów, biednych i bogatych. Pamiętam, jak raz zadzwoniła kobieta, której właśnie zmarł mąż, kolekcjoner. Żaliła się, że płyty są wszędzie, ona do łóżka nie może się dostać. Prosiła, żebym przyjechał i je zabrał.

W tamtym czasie kolekcjonerzy buszują po pchlich targach i rzadko wracają do domu z pustymi rękami. – Jeździłem po całej Europie. W Niemczech kupiłem za 50 fenigów płytę, która teraz kosztuje 3000 dolarów. Płyta kupiona w Moskwie za 20 groszy dziś jest warta 1000 dolarów. Nie powiem, co to jest, niech mnie pani nie dopytuje – śmieje się. – Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że to, co robię, nie ma sensu. Wiedziałem, że moda na winyle wróci. Jakość zawsze się obroni. Trzeba tylko umieć ją rozpoznać. A jak rozpoznać, która z tysiąca płyt wystawionych na pchlim targu jest rzeczywiście dobra? Potrzebna jest ogromna wiedza, lata zbierania, słuchania i porównywania wydawnictw. Miałem to szczęście, że mogłem mieć niemal wszystkie płyty, o jakich zamarzyłem. Zdobyłem ogromną wiedzę o muzyce praktycznie za bezcen. Dziś kolekcjonerzy mają znacznie trudniej. Płyty są teraz drogie. Zresztą tych naprawdę dobrych jest niewiele na rynku. Ci, którzy mieli się wyprzedać, już się wyprzedali, a kolekcjonerzy raczej nie uszczuplają swoich zbiorów. Miałem szczęście, że swoją kolekcję budowałem w ciekawych czasach.

Mieczysław podkreśla, że płyty winylowe dały mu niezależność. Także finansową. Robi to, co chce i na swoich warunkach. – Czuję się szczęściarzem. Żyję z kultury, co nie zdarza się często.

zródło: facebook.com/Art-Reco

zródło: facebook.com/Art-Reco

zródło: facebook.com/Art-Reco

zródło: facebook.com/Art-Reco

fot. envato.com

Muzyczny rytuał

Wróćmy do piwnicy domu na warszawskiej Sadybie. Tu Mieczysław Stoch spędza dużo czasu na rytualnym słuchaniu winyli. – Dźwięk jest bardzo dobrze odseparowany od reszty domu, więc rodzina nie przychodzi na skargę. Mógłbym słuchać naprawdę głośno, ale nie ma takiej potrzeby, jeśli płyta jest dobrze nagrana. Zresztą, gdy jest zbyt głośno, nie ma miejsca na wyobraźnię. To wyobraźnię, ale też wrażliwość warto włączyć, zanim naciśnie się „play”.

Rytuał zaczyna się od wyboru płyty. – To wcale nie jest trudne. Wchodzę do piwnicy i już od drzwi potykam się o jakiś winyl. Mówiąc poważnie, inspirację czerpię z życia. W ciągu dnia usłyszałem w radiu ciekawą sonatę fortepianową, po powrocie do domu szukam jej w swoich zbiorach. Uprzedzając kolejne pytanie: mam taki system układania płyt, że potem znajduję je bez problemów. Zbiory podzieliłem na wydawnictwa: Decca w jednym miejscu, w drugim Columbia, w trzecim EMI. Najwięksi kompozytorzy mają osobne półki. Część płyt posegregowałem według tzw. muzycznych szkół narodowych: włoskiej, węgierskiej, czeskiej. Nie prowadzę jednak regularnego katalogu. Skatalogowanie wszystkich płyt zajęłoby mi dwa, trzy lata. Szkoda czasu, lepiej posłuchać muzyki.

Wbrew ludowej mądrości Mieczysław ocenia płyty po okładkach. – Podobają mi się stare okładki z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, duże, w formacie 31,5 na 31,5 cm. Bardzo cenię prace Rosława Szayby. Proszę spojrzeć na jego okładkę do płyty Astigmatic Komedy. To jest sztuka w miniaturze. Zresztą w tamtym okresie fonografia była sztuką. Na każdym etapie produkcji muzycznej pracowali wybitni profesjonaliści, począwszy od specjalistów przygotowujących matryce w tłoczniach, przez wykonawców, po realizatorów dźwięku i autorów okładek. Wszystko było przemyślane, nic nie było przypadkowe, czego nie można powiedzieć o dzisiejszym przemyśle muzycznym.

W swojej kolekcji Stoch ma płyty, które określa jako „płyty doskonałe” – jak sonata Arpeggione Schuberta w wykonaniu Benjamina Brittena i Mścisława Rostropowicza (Decca). Sięga po nie w ciemno. Wie, że dzięki nim muzyczna uczta będzie wyborna. Ale dostać się do tak elitarnego grona nie jest łatwo, kryteria są wyśrubowane. – Najważniejsza jest jakość wykonania. To dla mnie priorytet. Staram się też szukać płyt najbliższych pierwszego wydania. Kolejne zawierają często usterki, jakość nagrania jest gorsza. Ważnym kryterium jest też dobry stan płyty. Chyba że to rzadki winyl. Wówczas chcę go mieć w kolekcji mimo usterek. Zwracam też uwagę na stan okładki. Płytę traktuję jako zbiór ściśle powiązanych ze sobą elementów. Wystarczy, że jeden nie działa – i już jest zgrzyt.

Mieczysław zwykle słucha rozpostarty wygodnie w ulubionym fotelu. Czasem sięga po kieliszek czerwonego wytrawnego wina. – Wino bardzo pomaga w słuchaniu, potrafi przysłonić niedociągnięcia, a nawet zrobić z przeciętnej płyty doskonałą. Zdarza się, że płyta jest tak fascynująca, że nie ma rady – Mieczysław wstaje i słucha jej na baczność. Jak każdy, miewa gorsze dni i kiepski nastrój. – W takiej sytuacji staram się nie słuchać muzyki, żeby nie zepsuć sobie wrażenia. Po co próbować nowych potraw, jak się nie ma smaku?

Niekiedy zaprasza do swojej audiofilskiej jaskini gości, jednak na co dzień woli być w niej sam. – Ja lubię samotność. Muzyka pozwala mi się nią nacieszyć. Aczkolwiek nie chciałbym być sam w życiu – zaznacza.

Pięć godzin, czasem dziesięć – tyle czasu spędza na słuchaniu. – Analogowe brzmienie mnie nie męczy. Ono jest głębsze, wielowymiarowe, bardziej naturalne. Nie lubię natomiast dźwięku cyfrowego. Próbowałem kiedyś słuchać płyt CD, ale po 30 minutach odpadałem. Coś mnie w nich uwierało, nie pozwalało się odprężyć. Potem przeczytałem o badaniach nad wpływem cyfrowego dźwięku na mózg. Zdaje się, że Japończycy przeprowadzili je jako pierwsi z użyciem encefalografów. Okazało się, że podczas słuchania muzyki kodowanej cyfrowo aktywna jest tylko lewa półkula, a przy nagranej analogowo – obydwie. Pod wpływem analogowego dźwięku mózg emituje fale alfa, charakterystyczne dla stanu relaksu i odprężenia. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że płyta winylowa jest najlepszym i najbardziej trwałym nośnikiem w historii fonografii. W kolekcji mam też około tysiąca płyt szelakowych. Niektóre liczą ponad 120 lat, mimo to brzmią tak, jakby wydano je wczoraj. Kto będzie pamiętał za 120 lat o płytach CD? Kompakty prawdopodobnie znikną, i to dosłownie, bo zawarte w nich związki srebra, aluminium czy złota po prostu się utleniają. A winyl przetrwa wszystko.

Może Ci się także spodobać

Adwokat przyodziany w czerń

Pocztówki retro

Mój Prince

Myśl globalnie, działaj lokalnie