Gastrofonia

Wokół stołu tworzy się wspólnota, a jej członkowie zaczynają mówić wspólnym językiem. To język znanych od dzieciństwa potraw, smaków, zapachów, konsystencji. Jesteśmy z pierogów, żurku, bigosu, sernika i makowca i cóż, że w lodówce hummus i rukola. Muzyka też jest z natury wspólnotowa, o czym wie każdy, kto choć raz był na koncercie albo nucił przy ognisku. Wspólne przeżywanie koncertu zbliża jak dzielenie się jedzeniem (czy to przypadek, że mówimy „uczta muzyczna”?). Dźwięki wędrują po metabolicznych szlakach, muzyka staje się pokarmem, kiełkuje wspólnota, kuchnia jest jak scena, a muzyk jak kucharz. Bo w gotowaniu – jak w występie muzycznym – liczą się ekspresja twórcza, oryginalność i tworzenie własnych receptur.

„Gastrofonia? Związek muzyki i jedzenia? Że jedno wpływa na drugie? Pomyliło ci się, koleżanko. Takie coś nie istnieje” – powiedział znajomy muzyk. Potem smętnym głosem zaczął opowiadać, jak dwadzieścia lat temu grał do kotleta nad Bałtykiem. „To jest gastrofonia?” Myślę jednak, że to kolega się pomylił. Muzykę i kulinaria łączy więcej, niż się wydaje. Co? Gdzie Rzym, gdzie Krym. Gdzie jedzenie, gdzie muzyka – powiedzą zwolennicy faktów biologicznych. W piramidzie Maslowa jedzenie jest bazową, fizjologiczną potrzebą, dopiero z pełnym żołądkiem można zająć się obsługą potrzeb najwyższego rzędu. Na przykład słuchaniem muzyki. Albo jej tworzeniem. Zgoda, ale…

Jedzenie to nie tylko odżywianie organizmu, pospolita czynność obliczona na przetrwanie. To akt kulturowy, społeczny, polityczny, który już dawno oderwał się od biologii i żyje własnym życiem. Wokół stołu tworzy się wspólnota. Jej członkowie mówią wspólnym językiem. To język znanych od dzieciństwa potraw, smaków, zapachów, konsystencji. Jesteśmy z pierogów, żurku, bigosu, sernika i makowca. I cóż, że w lodówce hummus i rukola. Muzyka też jest z natury wspólnotowa, o czym wie każdy, kto choć raz był na koncercie albo nucił przy ognisku. Wspólne przeżywanie koncertu zbliża jak dzielenie się jedzeniem (czy to przypadek, że mówimy „uczta muzyczna”?). Jestem we wspólnocie podobnie myślących i czujących, a że ona rozpierzchnie się po ostatnim bisie? Już się zmapowaliśmy, już wiemy, kto jest kim, znajdziemy się, bez obaw.

Właśnie, kto jest kim? Pokaż mi swój talerz, otwórz swoją lodówkę, powiem ci, do której klasy społecznej należysz albo aspirujesz. Na jedzenie można się snobować i z jedzenia uczynić pole światopoglądowej walki (czego przykładem jest anonimowa akcja społeczna prowadzona w sieci: „Nie jesz mięsa? Nie idę z tobą do łóżka”). Z czasów licealnych pamiętam pytanie zadawane nowo poznanym osobom: „Jakiej muzyki słuchasz? Twój ulubiony zespół?”. Tak obwąchiwaliśmy obcych, sprawdzaliśmy, czy należą do naszego świata, a od odpowiedzi zależały dalsze losy tej kruchej relacji. Zdarzały się też muzyczne kłamstewka. Ktoś deklarował, że słucha Pink Floyd, że fan do grobowej deski, kocha, ceni, szanuje. Ale wcale nie chodziło o zespół, lecz o pragnienie, by wejść do nowej grupy towarzyskiej i stać się innym człowiekiem. Fajnym i lubianym. Dziś powiedzielibyśmy – prestiżowym.

Kuchnia jak scena. Tu kucharz artysta wystawia autorski spektakl – o gotowaniu, smażeniu, pieczeniu, doprawianiu. Trwa żonglerka składnikami i popis szatkowania. Najlepsi dają z siebie wszystko. Bo w gotowaniu jak w występie muzycznym – liczą się ekspresja twórcza, oryginalność, raczej tworzenie własnych receptur niż kopiowanie cudzych. „Ze wszystkich rzeczy ludziom wspólnych nie ma powszechniejszej nad jedzenie i picie” – myśl George’a Simmela, teoretyka kultury, może nie należy do odkrywczych, ale ja ją lubię, bo odsyła do podobieństw między ludźmi, a nie różnic. Pośrednio tłumaczy też, dlaczego tak wielu muzyków sięga w swojej twórczości po motywy kulinarne, by na ich podstawie snuć opowieść – o sobie, swoich emocjach, spełnionych i niespełnionych miłościach, nadziei i beznadziei, a czasem o zwykłym tu i teraz. Język kulinariów jest uniwersalny. Ja go rozumiem, ty go rozumiesz, wszyscy. Posłuchajmy.

Gastrofoniczna lista muzyczna

Dziś kochasz, ale pamiętaj, że zawsze możesz dostać słodko-słony cios prosto w brzuch. Będzie boleć, a może nawet poniesiesz czekoladową śmierć. Słodką, ale jednak śmierć – przestrzegają The Dumplings w Słodko-słonym ciosie. Może jednak warto zaryzykować, odrobina słodyczy, choćby kropla, przyda się smutnej duszy – to Nina Simone w I Want A Little Sugar in My Bowl. Jaka słodycz! Tylko kiełbaski, jajka, zimna kawa, zwiędły tost. Zadymiony, podrzędny bar, a w nim towarzystwo, które nie ma dokąd pójść, choć za chwilę będzie świtać – wiadomo, Tom Waits i Eggs and Sausage. Gdyby na świecie był ktoś, komu można ugotować bigos. Warzyć go cały dzień, organoleptycznie badać poziom skwaśnienia, a wieczorem wręczyć dar z kapusty ukochanej osobie – w Bigos Heart Tymon & Transistors poruszają czułe struny w rytm reggae i bulgotu gotowanej kapusty, tej królowej polskich warzyw.

A co, jeśli kolacja to imitacja? Podano do stołu: sztuczny ser, sztuczne masło, sztuczne ciasto. Jeśli moje życie to też imitacja, jak ta kolacja? – w głosie Muńka Staszczyka wybrzmiewa zmęczenie i niepokój. Zmęczenia tak zwaną prozą życia nic nie wyraża lepiej niż metafora zupy. Cienka zupa, zupa na kości, poniedziałkowa pomidorowa z niedzielnego rosołu, zupa nasza powszednia. „W pracy słabo, ale Bóg ją dał. Widać tylko tę miał. W domu już wieczorem ciemno i zupa z pomidora, parę piw” – dokumentują codzienność Waglewski, Fisz i Emade w Na okrągło. Od „codzienności zupy” chce uciec bohater Awiza Taco Hemingwaya. O jego lodówce można powiedzieć, że jest aspirująca. Na półkach drogie chorizo, jarmuż, bataty, prażone halloumi, sojowe mleko. „Pół wypłaty poszło mi na guacamole” – informuje z wyższością, ale też świadomością, że to styl życia na kredyt, że może rozsądniej byłoby jeść banalną zupę. Zmęczeni metaforą zupy i dramatami społecznymi? W takiej sytuacji dobrze jest posłuchać piosenki o… zupie. Oczywiście z muchomorów. Przepis na dobry dzień według Marii Peszek: „By się pozbyć złych humorów / Robię zupę z muchomorów / Muchomory na humory / Grzybki w sosie na muchy w nosie”.

Od codzienności można też ratować się ucieczką, a drożdżówka będzie obietnicą przygody. „Albo pojedźmy na koniec Okęcia w jakieś badyle i cichy szum, tam sobie zjemy słodką drożdżówkę i będzie tak, że gdyby troje, to tłum” – obiecują w piosence Koty Pablopavo i Ludziki. Do miejsca, którego już nie ma, ale o którym pamięć ciągle pozostaje żywa, ucieka Brodka. To był weekendowy cel kulinarnych wycieczek wokalistki – wietnamski bar pod Stadionem Dziesięciolecia: „W pięciu smakach kaczka tapla się / Mija soję, tofu, ryż / Uduszona, latająca ryba ćwiczy w piwie skoki wzwyż”. Nieposkromiony apetyt ma też bohaterka Tuńczyka Doroty Miśkiewicz. Wchłania sushi-maki w sosie teriyaki, popija zieloną herbatą i ciągle chce więcej – przede wszystkim od życia, bo raczej o ten rodzaj apetytu chodzi. Gastrofonia to nie tylko piosenki inspirowane jedzeniem. Albo kulinaria czerpiące z muzyki, jak książka kucharska Little Red Velvette z przepisami nawiązującymi do twórczości Prince’a. Czasem związki jedzenia i muzyki są tak ścisłe, że trudno powiedzieć, gdzie zaczyna się jedno, a kończy drugie. O co chodzi?

Zjeść muzykę

Czy dźwięk może rosnąć na grządce? Czym smakuje instrument? Jak zagrać na skrzypcach z pora? Odpowiedzi zna austriacki kolektyw Vegetable Orchestra, składający się z dziesięciu muzyków, dźwiękowca i kucharza. Na warzywach grają od 1998 roku. Dotychczas wydali cztery płyty: Green Album (2018), Onionnoise (2010), Automate (2003), Gemise(1999) i dali dziesiątki koncertów na całym świecie. W ich instrumentarium znajdują się: ogórkofon, gitara z selera, perkusja z dyni, flet basowy z rzepichy ziemnowodnej, trąby z cukinii, kołatki z bakłażana, flet z marchewki. Ich instrumenty pachną i mają dużo witaminy C. W jednej ręce wiertarka, w drugiej warzywo – tak zwykle wygląda budowa instrumentu. Wcześniej zakup najlepszych egzemplarzy na miejscowym targu. Sprzedawcy są zdziwieni, gdy grupowo opukują dynie, sprawdzając ich rezonans. Albo gdy zbierają łupiny po cebuli i zgniatają je w dłoniach z poważnymi minami. Czy przebierają w marchewkach, bo jedynie długie i proste nadają się na marchewkofon.

W tym gastrofonicznym szaleństwie jest ciekawa metoda, u której podstaw tkwi ograniczanie się, czynność raczej mało popularna w ostatnich latach. Po pierwsze – muzyków ogranicza dostępność warzyw. Kupują wyłącznie lokalnie i sezonowo, dyskontowe ogórki z gigantycznym śladem węglowym nie przejdą. Po drugie – warzywa w trakcie koncertów schną i zmieniają ton na skutek utraty wody. Artyści muszą więc pogodzić się z niedoskonałością dźwięku oraz brakiem całkowitej kontroli nad instrumentem i wykonaniem utworu. Po trzecie – muszą też zaakceptować, że nie potrafią powtórzyć melodii. To, co raz wyuczone, znika. Bonusem jest niepowtarzalność, tak ceniona przez publiczność. Metoda pracy Vegetable Orchestry przypomina stare, dobre rzemiosło. Rzemieślnik też musi poznać możliwości i ograniczenia materii, by móc z nią pracować i tworzyć oryginalne przedmioty. Najpełniej jednak gastrofoniczna idea realizuje się po koncercie. Instrumenty lądują w garze. Pożywną, odświętną zupą (!) wspólnie zajadają się muzycy i publiczność. Dźwięki wędrują po metabolicznych szlakach.

Specjalny koncert dla ogórków

Rzędy ogórków, papryczek chili i pomidorów. Jest ciepło, wilgotno, jasno. Szklarnia? Tylko co tu robi elegancka publiczność? I dwoje muzyków między krzaczkami pomidorów? Jesteśmy w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Aarhus, gdzie za chwilę rozpocznie się performance Music for Vegetables towarzyszący wystawie Growing Vegetables On a Coral Island duńskiego artysty Sørena Dahlgaarda. Sekretne życie roślin zainteresowało go podczas dwuletniego pobytu na farmie na Malediwach. Uważnie obserwował rośliny i czytał badania naukowe, z których wynikało, że muzyka, przede wszystkim klasyczna, pobudza ich wzrost. Zaczął więc grać pomidorom Mozarta. Na podobny eksperyment zdecydowała się Królewska Orkiestra Filharmoniczna z Londynu, która wystąpiła przed publicznością złożoną ze 100 gatunków roślin. Ciekawa anegdotka? Pięknoduchowskie idee? Niezupełnie. Te projekty pokazują, że można zanegować raz ustalony porządek i odwrócić relację człowiek-przyroda. Rośliny nie są tu jedynie źródłem pokarmu, substancji leczniczych czy wrażeń estetycznych. Nie służą człowiekowi, lecz to człowiek służy im – poprzez muzykę dba o ich dobrostan. Raczej niszowa odmiana gastrofonii, ale warto o niej pamiętać. Warto też pamiętać, że gastrofonia to samozwańcza nazwa. Nie ma jej w słownikach. Ona istnieje w praktyce – na pograniczu dziedzin, styku idei, skrzyżowaniu myśli. Tu jest najciekawiej, najwięcej się tu dzieje. Tu pomnaża się wrażliwość. Może o to chodzi w gastrofonii?

Może Ci się także spodobać

grafika: Kamil Pieśniwski

Rewia, getto i Hollywood

Winylowa gorączka

Damon Albarn i kamień filozoficzny

Umarł rock, niech żyje jazz?