Czasem ukojenie, czasem paranoje

... czyli rap ucieka przed rzeczywistością

Truizmem stało się stwierdzenie, że polski rap przeżywa renesans. To w zasadzie pełne przejęcie wszystkich segmentów branży rozrywkowej. Platformy streamingowe, reklamy, ścieżki dźwiękowe, moda, lifestyle, portale społecznościowe.

Bank nie tyle rozbity, co wysadzony w powietrze. Lata chude odeszły w niepamięć, nastał czas sytości, jeśli nie przesytu. Kluczem do pełni sukcesu wydaje się niewielki dystans, jaki dzieli treści rapowych utworów i rzeczywistość, która nas otacza. Na tym fundamencie cała kultura zbudowała swe imperium. „Jakie życie, taki rap” to w zasadzie motto rapu lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Bywały jednak chwile, gdy realizm życia codziennego umykał, by zostawić nieco miejsca imaginacji i pozwolić twórcom, a tym samym słuchaczom, na oddech od tego, co przyziemne. Raperzy raz po raz fundowali nam oniryczne podróże lub prezentowali wizje odległej przyszłości. Młodzi natomiast, niczym nie ograniczeni, rozkoszują się tym w pełni.

Gdy z końcem lat dziewięćdziesiątych tryumfy święcił Liroy, Wzgórze Ya-Pa 3 i Molesta, czyli esencja życia w zgodzie z zasadami i rytmem ulicy, na Śląsku pojawił się Kaliber 44, który nijak za ową estetyką nie podążał, a w zasadzie zaproponował świat utkany z wizji, mgły, snu, narkotykowych majaczeń. Czy mogło być inaczej na albumie zatytułowanym „Księga Tajemnicza. Prolog”? Marihuana, Bóg, świat w krzywym zwierciadle. Wszystko, byle dalej od tego, co tu i teraz. Podobnie zresztą było na kolejnym albumie K44, „W 63 minuty dookoła świata”, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że jest tu więcej luzu i dystansu do ważkości poruszanych uprzednio tematów.

Opisy marzeń sennych to z kolei częsty zabieg, który służył raperom do skonfrontowania obrazów rzeczywistych z tymi upragnionymi. To we śnie Wigorowi jawiła się kraina ludzi radosnych, bez kredytów i rachunków, z muzyką i drinkami (Juras i Wigor, „To zbyt piękne”), a Paluch wraz Kalim snuli opowieść o planecie pełnej istot żyjących w harmonii, wolnych od negatywnej energii i ego (Paluch, „Słyszałem o…”). Sen może jednak być złowieszczy, jak ten Abradaba, w którym „garbaty anioł zszedł na ziemię” i jedynie pobudka może wyzwolić nas z jego okowów (Kaliber 44, „Konfrontacje”). Choć przebudzenie może być jednocześnie bolesne, jak u wspomnianej Molesty, gdzie Włodi i Pele przenoszą się za sprawą zielarskich zabiegów w świat bez cierpienia i biedy, by ostatecznie wrócić na ziemię i wybrać życie w realu, gdyż „prawda, choć gorzka jest, od słodkich kłamstw droższa jest” (Molesta Ewenement, „Słodkie kłamstwa”). Nie bez znaczenia w narracji rapowych podmiotów lirycznych jest rola „środków wspomagających”, które skutecznie zamazują to, co prawdziwe. Znajdziemy takich opisów mnóstwo, choć tu niestety trudno jest doszukać się pozytywów, zwłaszcza gdy nastąpiła niebezpieczna zmiana, jeśli chodzi o asortyment, którym dysponują dilerzy. Kiedyś była to marihuana, dziś Pezet wprost informuje, że „dzieciaki walą tu mefedron i to zapijają tatrą” (Płomień 81, „Powiedz na osiedlu 2020”), o czym rzetelnie informują nieopierzeni jeszcze, a już niezależni finansowo tzw. młodzi raperzy.

Zmianę pokoleniową najwyraźniej dostrzec można w sposobie opowiadania o podróżach, które są jednym z pomysłów na to jak szaro-buro-pastelowe podwórko opuścić, udając się w kierunku nieznanym. Onegdaj, jak u jegomości z projektu PCP, wystarczyło poruszać się „raz na piechotę, raz autostopem”, a wszystko inne z miejsca zmieniało się w wesołą przygodę. „Hotel Plaza? yy, śpiwór, plaża”, byle wyjechać, zostawić za sobą codzienność i odkrywać nowe miejsca (PCP, „Globetrotter”). Podobnie rzecz się ma u Skorupa i Grubsona, którym wystarczy „płynąć w dół Czarną Hańczą” i „z chłopami ze wsi rąbnąć po połowie” (Grubson ft. Skorup, „Naturalnie”), czy u Donguralesko, któremu wystarczy „spakować plecak i wyjść jak jakiś bitnik”, aby przy okazji kontemplacji piękna przyrody wsłuchać się w swoje wnętrze, jakkolwiek coachingowo by to dziś nie brzmiało (Donguralesko, „Apartament”).

Rap osławionych już „milenialsów” wydaje się pozbawiony tak wielkich ambicji. Tu kluczowa jest destynacja i towarzystwo. Może być Bali (Gedz), California (White 2115) lub Casablanca (Blacha), Portofino (Tuzza), a jeśli nogi poniosą, to i Eldorado (Deemz, Planbe, Bedoes). Ważne, żeby była „Ona”, by móc „ją zabrać gdzieś”, w pakiecie z ziomalami i dobrą zabawą. Jest to z pewnością jakaś motywacja, nieprawdaż? Choć taki z lekka hedonistyczny sposób podróżowania to nie tylko domena „małolatów”. Panowie Kosi i Łajzol (Jetlagz) w towarzystwie Oskara (Pro8l3m) proponują wyprawę na odległą przecież Kubę, by tam oddawać się beztrosce prostego życia.

Wspomniany powyżej Oskar i Steez, którzy tworzą duet Pro8l3m, konsekwentnie serwują obrazy dalekie od rajskiej sielanki. Poza relacjami z pogranicza wielkomiejskiego półświatka panowie proponują również serię dystopijnych wizji, które charakteryzują się mocnym sceptycyzmem w stosunku do postępującego rozwoju cywilizacyjnego. Otrzymujemy zatem obraz klimatycznej katastrofy, która wraz z upływem czasu staje się coraz bardziej realna, a profetyzm wersów Oskara uwiera: „puste oczy, na twarzy maska jak Lord Vader, nie błagam o pomoc, pada kwaśny deszcz na martwą prawdę” (Pro8l3m, „VI katastrofa”). Konsekwencje owej katastrofy nietrudno przewidzieć: wojny hybrydowe, brak wody i getta, nad którymi latają samochody bezzałogowe (Pro8l3m, „2040”). Nagle okazuje się, że rapowi emeryci, jak sam o sobie mówi Waldemar Kasta, mieli nosa, rapując o rzeczywistości, w której „na igrzyskach roboty będą bić się po pyskach” (Waldemar Kasta, „Cywilizacja”).

Sporo obecnie dywagacji o czasie „postpandemicznym”, który tak naprawdę dopiero przed nami. Jak wpłynie na społeczeństwa, pozostaje póki co zagadką. Kierunek, który świat obierze, pozostaje również wielką niewiadomą. Jedno, co z pewnością w czasie izolacji dało o sobie znać, to siła wyobraźni. Niezależnie od tego, czy imaginowaliśmy sobie przyszłoroczne wakacje, sobotnie tańce, upadek banków czy świat pogrążony w chaosie, w którym gatunek reprezentują „słaba szafiara” i „raper idiota” (Sokół, „Koniec gatunku”) pamiętać należy, że „sny, nawet gdy są złe, to się budzisz” (WWO, „Sen”), czy to na Bali, w Kalifornii czy w bloku na „ZWM-ie”.

Może Ci się także spodobać

grafika: Kamil Pieśniwski

Rewia, getto i Hollywood

Winylowa gorączka

Damon Albarn i kamień filozoficzny

Umarł rock, niech żyje jazz?