Myśl globalnie, działaj lokalnie

Ledwo opadł kurz po podsumowaniach specyficznego nie tylko dla muzyki 2020 roku, a na nowo rusza machina wydawnicza rynku fonograficznego. Trudno powiedzieć, jakie emocje wśród słuchaczy wzbudza „Medicine at Midnight”, czyli nadchodzący album Foo Fighters (premiera wydawnictwa planowana jest na 5 lutego). Wszak dowodzona przez Dave’a Grohla grupa to jeden z ostatnich stadionowych zespołów świata, którego motorem napędowym są przede wszystkim nośne single.

Nie zmienia to jednak faktu, że na każdej z płyt Amerykanów znajdą się mniej przebojowe utwory warte uwagi. Jedną z najbardziej równych propozycji Foo Fighters wydaje się „Wasting Light” z 2011 roku. Zespół do dziś chętnie sięga w trakcie koncertów po takie numery jak „Rope”, „Walk” czy „White Limo”. Bardzo istotny jest również walor brzmieniowy płyty, która wpisała się idealnie w renesans miłości do analogowych technik nagrywania, który zapanował na początku XXI wieku. Zresztą proces rejestracji albumu na taśmę w garażu Grohla ukazuje dokument „Back and Forth”. Jednym z najbardziej zapadających w pamięć obrazków jest scena, w której kilkuletnia wtedy córka lidera Foo Fighters nie daje dokończyć mu nagrywania partii gitary i przypomina o obiecanej kąpieli w przydomowym basenie. Niewątpliwie na przestrzeni lat muzyczne filmy dokumentalne stały się jedną ze specjalności Grohla. Również przy okazji nagrywania „Sonic Highways”, czyli następcy „Wasting Light”, zespołowi towarzyszyła ekipa filmowa. Każdą z piosenek na płycie grupa zarejestrowała w innym z legendarnych studiów znajdujących się na terenie Stanów Zjednoczonych, co pozwoliło uchwycić koloryt amerykańskiego dziedzictwa muzycznego i kulturowego.

Maciej Werk / fot. Małgorzata Wojna (Soundedit)

Dokumentalnym magnum opus Grohla wydaje się jednak „Sound City”. Obrazek traktuje o (jak się później okazało – chwilowym) upadku studia nagraniowego, w którym powstały tak emblematyczne albumy jak debiut Rage Against The Machine, „Damn the Torpedoes” Toma Petty i The Heartbreakers czy „Nevermind” Nirvany. Udokumentowanie losów miejsca, w którym tworzyli giganci amerykańskiego przemysłu muzycznego, okazało się pretekstem do dyskusji o wpływie technologii cyfrowej na muzykę i roli relacji międzyludzkich w tworzeniu piosenek. Jednym z ciekawszych wniosków, które można wyciągnąć z dokumentu, jest odpowiedź na pytanie, co sprawiło, że w tak obskurnym i zapuszczonym miejscu, jakim było Sound City, powstawały tak świetnie brzmiące albumy. Zdaniem Ricka Rubina to prostu brzmienie perkusji. Legendarny producent zauważa, że podobny sound gitary można uzyskać praktycznie w każdym studiu. Żywe bębny będą jednak brzmiały inaczej, jeśli zmienimy miejsce ich nagrywania. Jednej z najważniejszych postaci w historii muzyki rozrywkowej wtórują tak uznani perkusiści jak Mick Fleetwood, Jim Keltner czy Brad Wilk. Tezę o kluczowej roli perkusji w dobrej muzycznej produkcji potwierdził ostatnio Kevin Parker, odpowiedzialny za rewolucyjny projekt Tame Impala w wywiadzie dla „Pitchfork”. Producent i multiinstrumentalista przyznał, że 90% czasu, które poświęca piosence, to cyzelowanie partii i brzmienia bębnów. Wśród inspiracji artysta wymienił m.in. Led Zeppelin, Portishead czy Serge’a Gainsbourga. Najciekawszym znaleziskiem muzyka okazał się jednak „Program” z debiutanckiego albumu Silver Apples. Nagrany w 1968 roku utwór zdecydowanie wyprzedzał swoje czasy, reprezentując breakbeatową estetykę na kilka dekad przed upowszechnieniem się samplerów w muzyce. Podobne odczucie podróżowania w czasie towarzyszyło mi podczas zeszłorocznego festiwalu Soundedit. Nie chodzi nawet o to, że podczas spotkania poświęconego odbywającemu się w latach osiemdziesiątych w Łodzi Rockowisku przypomniano archiwalne materiały TVP. Najciekawsze wydają się wnioski, które organizatorzy imprezy i fani gitarowego grania wyciągnęli po średnio udanej ostatniej edycji festiwalu z 1986 roku. Przedstawiciele Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego narzekali, że rock odchodzi do lamusa i nie są w stanie realizować założenia finansowania „ambitniejszych” form muzyki z dochodów z organizacji Rockowiska. Do znudzenia rockową formułą przyznawali się również uczestnicy imprezy. Nie kryli, że ich zdaniem artyści występujący na Rockowisku nie mają już nic ciekawego do zaoferowania. Doceniali jednak twórczość heavymetalowców z Turbo czy rodzimych prekursorów reggae z Daab. Uderzyło mnie, że gdyby w dyskusji pojawiły się nazwy współczesnych wykonawców, to można by ją bez obaw przenieść na łamy współczesnej prasy muzycznej albo portale społecznościowe.

Paprika Korps / materiały prasowe zespołu, fot. BZQ

Dowodzący Soundeditem Maciej Werk przyznał mi w rozmowie, że faktycznie tego typu panele wskazują cykliczność pewnych zjawisk w muzyce. Dyrektor festiwalu podkreślił jednak, że przy wspominaniu Rockowiska i tworzeniu Soundeditu przyświeca mu przede wszystkim zasada „myśl globalnie, działaj lokalnie”. Organizator imprezy zauważył, że zanim w Polsce upowszechniła się idea nowoczesnych festiwali muzycznych, w trakcie Rockowiska wożono już „ogórkami” uczestników festiwalu pomiędzy Domem Kultury a Halą Sportową w Łodzi. Na panel wspomnieniowy w trakcie Soundeditu został też zaproszony Ziemowit Kosmowski. Jeden z filarów łódzkiej sceny muzycznej współtworzył tak uznane składy jak Phantom, Brak czy Rendez-Vous. W trakcie zeszłorocznego Festiwalu Producentów Muzycznych łódzka legenda zaprezentowała swój nowy projekt Zed Kosmofsky. Niewątpliwie na rozrost tamtejszej sceny muzycznej i popularność na przestrzeni lat m.in. Cool Kids of Death, O.S.T.R. czy L. Stadt wpływ miał postindustrialny klimat Łodzi.

Choć nasza lokalna scena wydaje się mniej spójna i bardziej rozproszona, warto pamiętać o opolskich ambasadorach muzyki. Można tu wymienić choćby występujące wielokrotnie na Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki Siostry Panas, rodzimych prekursorów ciężkiego rocka z TSA, Jareckiego i DJ‑a BRK, czyli ambasadorów funku z Kurnik Studia, promujący pozytywny trueschoolowy przekaz Okoliczny Element, występujących na całym świecie Paprika Korps czy jazzowego wirtuoza gitary Krzysztofa Pumę Piaseckiego. To tylko wierzchołek góry lodowej, ale różnorodność prezentowanej przez wspomnianych artystów muzyki pokazuje, że świadomość naszej lokalnej sceny muzycznej nie musi sprowadzać się jedynie do odruchowego tytułowania Opola „stolicą polskiej piosenki”.

Może Ci się także spodobać

Adwokat przyodziany w czerń

Pocztówki retro

Mój Prince

Kolekcjoner / Duża czarna i jej fan