Latarnik

Rozpoczynanie tekstu o poczynaniach Marka Pędziwiatra nie należy do najłatwiejszych zadań. Powoduje wręcz lekką frustrację i zagubienie. Pianista związany z wytwórnią Astigmatic Records jest bowiem zaangażowany w tak wiele przedsięwzięć, że łatwo wpaść w faktograficzną pułapkę i znudzić czytelnika wyliczanką wprowadzającą narracyjny chaos i nieoddającą kolorytu licznych aktywności muzyka.

Czy zacząć może od nowej płyt EABS inspirowanej 2061: Odyseją kosmiczną? Album ukazał się w ostatnich dniach maja i zapowiada go skomponowany przez basistę Pawła Stachowiaka singiel Lucifer (The New Sun). A może ciekawszy jest pierwszy koncert Zimy Stulecia, którą Pędziwiatr współtworzy z perkusistą Marcinem Rakiem? Muzycy EABS poznali się kilkanaście lat temu na warsztatach jazzowych, na długo przed ich przeprowadzką do Wrocławia. W duecie chcą prezentować muzykę zupełnie odmienną od tego, co tworzą w macierzystej formacji. Przedsmakiem ich wspólnej płyty jest firmowany przez Marcina utwór Alpaka, który znalazł się na płycie „Portrety” wydanej przez U Know Me Records. Kompozycja niespodziewanie została wykorzystana w reklamie popularnych amerykańskich słodyczy.

EABS / zródło: materiały prasowe zespołu

Ale przecież jest jeszcze wyodrębnione ze składu EABS-ów Błoto. Grupa zdążyła od 2020 roku wydać trzy albumy, a jej muzyka trafiła do serialu Mental i spektaklu Bowie w Warszawie, do którego scenariusz napisała Dorota Masłowska. Wabikiem na czytelnika może być też szansa na wykorzystanie wspólnych nagrań Marka Pędziwiatra i Pakistańczyków z Jaubi w superprodukcji Marvela. Zresztą to dopiero wierzchołek góry lodowej. Sebastian Jóźwiak z Astigmatic Records i ktoś więcej niż menadżer pianisty sugeruje, że latem jego fani nie będą mieli powodów do nudy. Z drugiej strony trudno skupić się na wybranym projekcie artysty, nie zarysowując szerszego kontekstu. Tym bardziej że przedsięwzięcia Pędziwiatra tworzą system naczyń połączonych. Gdyby nie koncerty EABS, nie powstałaby Marianna, czyli debiutancka solowa płyta pianisty, wydana pod pseudonimem Latarnik. Jak przyznaje muzyk, przełomem okazał się występ wrocławskiej grupy w Izraelu. Aby odpocząć od gwaru panującego za kulisami, Marek zasiadł do pianina, które tam stało. Choć artysta regularnie prezentuje swoją muzykę szerokiej publiczności, nie należy do najbardziej śmiałych osób i możliwość gry na instrumencie działa na niego kojąco.

Latarnik przyznaje zresztą, że nagrywanie Marianny miało dla niego terapeutyczny charakter: „Wyleczyłem się z pewnych obaw. Nie do końca chodzi o to, żeby cały czas się przejmować, że nie zasługuję na to, żeby występować samemu. Pierwszy raz nagrywałem płytę piano solo. Czemu miałbym na to nie zasługiwać?”. Pianista nie kryje jednocześnie, że nie chciał zamykać się w jazzowym kanonie: „Nie myślę w żadnych kategoriach. Gram taką muzykę, jaka wypływa ze mnie w danym momencie. A że to brzmi trochę mniej jazzowo, niż byśmy się spodziewali, wydaje mi się, że to atut. To dla mnie kolejne wyzwanie i nowy etap”. Mimo obrania formy, w której mocno eksponowany jest warsztat muzyka, Latarnik wzbrania się przed określaniem go jako wirtuoza: „Cały czas jestem podłączony do muzyki w sposób emocjonalny. Nie lubię jej analizować. Lubi ją odczuwać. Chwała Bogu, że dźwięki, które ze mnie wychodzą, są nasycone emocją. Nie chcę udowadniać, że coś potrafię. Chcę wyrażać emocje muzyką”. Choć Pędziwiatr nie wykluczał nagrania albumu na domowym pianinie Nordiska Bambino, ostatecznie postanowił odwiedzić po raz kolejny Studio M im. SBB Radia Opole. Artysta zarejestrował tam wcześniej wraz z EABS komedowską epkę Kraksa/Svantetic i płytę Discipline of Sun Ra. Latarnik szczególnym uczuciem darzy stojący w studiu około stuletni fortepian firmy Steinway & Sons. Muzyk podkreśla, że to dla niego instrument z duszą, i żartobliwie dodaje, że „nie zawsze chodzi o to, żeby grać na największym, najdroższym Ferrari. Czasami odrestaurowana Syrenka jest najwspanialsza”.

EABS, koncert na Sali kameralnej NCPP, 22 lutego 2020 / fot. Roman Rogalski

Marek Pędziwiatr, EABS, koncert na Sali kameralnej NCPP, 22 lutego 2020 / fot. Roman Rogalski

Mimo że realizujący sesję Andrzej Czubiński i Paweł Patyniak sugerowali użycie odpowiednich wtyczek, Latarnik zdecydował się na nagranie materiału na taśmę. Wchodząc do studia, opierał się na nagranych na dyktafon szkicach kompozycji, które przy każdym kolejnym podejściu zyskiwały inną formę i tożsamość. Na płytę trafiały najlepsze zdaniem pianisty wersje. Brzmieniowym odniesieniem w trakcie sesji był album Thelonious Alone in San Francisco Theloniousa Monka. Wśród inspiracji Pędziwiatr wymienił też etiopską zakonnicę Emahoy Tsegué-Mariam Guebrù, Ahmada Jamala czy McCoy Tynera. Słuchając posępno-nostalgicznych utworów, takich jak Głód czy Maradki, można również doszukać się inspiracji rodzimą szkołą muzyki improwizowanej. Marek przyznaje, że mierzył się z polskim jazzem, który wrósł mu w palce i w serce. Zresztą Mariannę można potraktować jako płytę pokrewną Slavic Spirits, czyli albumowi, na którym EABS‑i szukali korzeni polskiej melancholii, mającej niebagatelny wpływ na twórczość takich tuzów jak Stańko, „Ptaszyn” Wróblewski, Kurylewicz czy Komeda. O ile na Słowiańskich duchach Latarnik próbował dotrzeć razem ze swoją macierzystą grupą do naszego kulturowego DNA, o tyle na solowej płycie obrał bardziej osobistą perspektywę. Tytułowa Marianna to prababcia Marka. Jej życiorys to zwierciadło doświadczeń Polaków żyjących w XIX i XX w. Kompozycje, które trafiły do albumu, powstawały pod wpływem rodzinnych opowieści o zaborach, wojnach, głodzie, emigracji i miłości. Kompozycje są niejednoznaczne jak historie, które je inspirowały. Pradziadek Antoni był tak zauroczony swoją przyszłą żoną, że straszył, że wyciągnie Mausera i strzeli sobie w łeb, jeśli Marianna pozostanie obojętna na jego wdzięki. Nie dziwi więc, że w utworze poświęconym krewnemu nostalgia miesza się z neurotycznym napięciem. 

Jak przyznaje Pędziwiatr, koncerty promujące Mariannę są dla niego szczególnym doświadczeniem. Muzyk nigdy wcześniej nie doświadczył takiej ciszy i skupienia ze strony publiczności. Pianista nie mógł nie wystąpić z repertuarem z solowego albumu w miejscu, w którym powstało wydawnictwo. Podczas kwietniowego koncertu w Studiu M fortepian Steinwaya nie był nagłośniony. Publiczność rozmieszczona wokół instrumentu w skupieniu słuchała muzycznej opowieści Latarnika. Historia zresztą po raz kolejny zatoczyła koło. Na wiekowym instrumencie leżał walkman. Wysłużony odtwarzacz z wytartą naklejką „Black power” towarzyszył Markowi, kiedy odkrywał swoje pierwsze hiphopowe fascynacje. W trakcie występów promujących Mariannę dzięki urządzeniu przemawia do nas krewna Pędziwiatra.

Może Ci się także spodobać

Blues funeral

Sampler: Antony and the Johnsons

Dziewczyny, do przodu!

Polska karuzela festiwalowa