Greg Dulli

Random desire

Nieprzypadkowo na okładce Random desire pojawia się zwrot „shot on location”, który bardziej kojarzy się z kręceniem filmu niż nagrywaniem płyty. Od otwierającej, zaskakująco radosnej Pantomimy, przez melancholijne Marry me, aż po zamykające, oniryczne Slow pan Dulli opowiedział znowu podobną mroczną historię o pożądaniu i samotności. Idąc dalej tym tropem, można Random desire porównać do filmu pozbawionego dłużyzn, w którym ogromną rolę grają zaproszeni goście, ale w którym nie ma wątpliwości, kto jest gwiazdą. Jest to wreszcie film, do którego warto wracać. Produkcyjne perełki takie jak Lockless, w którym Dulli eksploruje swoje możliwości wokalne, czy z ducha cave’owski A Ghost ujawnią swoje walory dopiero po kilku przesłuchaniach. Naturalnie powyższe porównanie z powodzeniem można by odnieść do wszystkich płyt Twilight Singers i ostatnich Afghan Whigs. Może dlatego Greg Dulli zdecydował się promować Random desire jako swój debiut – wydana w 2004 płyta Amber Headlights brzmi na tym tle jako dodatek do filmo-, przepraszam, dyskografii.

Stanisław Bitka

Pejzaż

Blues

Pejzaż, czyli tak naprawdę ukrywający się pod tym pseudonimem Bartek Kruczyński, wraca ze swym drugim albumem. I o ile na poprzedniej płycie, czyli Ostatnim dniu lata, eksplorował i wspomagał się samplami z lat osiemdziesiątych, tu przesuwamy się w czasie do Polski lat transformacji, czyli lat dziewięćdziesiątych. Muzycznie jest zdecydowanie bardziej tanecznie, a płytę zdominował house z nutą tak charakterystycznej dla Kruczyńskiego melancholii. Choć w przypadku Pejzażu trafniejszym określeniem na graną przez niego muzykę jest Baltic beat. Tym razem w utworach możemy usłyszeć Marysię Sadowską, Reni Jusis czy Roberta Gawlińskiego. Ale są takie zaskoczenia jak chociażby Agnieszka Maciąg czy zespół Quidam (ktoś zna bez googlania?). Album jest absolutnie przemyślany, ma swoje tempo i narrację, wszystko układa się w jeden spójny set. Całkiem zasadne wydaje się pytanie: czy ta formuła została już wyczerpana? Ja nie wiem. Wiem natomiast, że mamy do czynienia z naprawdę dobrą płytą taneczną oraz że drugi album na pewno nie jest zbiorem ogranych już wcześniej patentów. Słuchać i tańczyć!

Rafał Czarnecki

Łona i Webber

Śpiewnik Domowy EP

Jeden z wywiadów poprzedzających wydanie najnowszej „epki” Łona rozpoczął słowami: „Jeśli spodziewałeś się rozmowy z erudytą, który obnaży całą swą mądrość, to niestety będzie to pasmo rozczarowań”, by po chwili odnieść się do tytułu wydawnictwa: „Jest to niebezpieczny ciąg profetycznych konstatacji z mojej strony”. Oto mamy puentę, która w doskonały sposób oddaje charakter twórczości Adama Zielińskiego. W pierwszym singlu „Stop, Nadia!”, który z pozoru opiewał uroki wspólnego biesiadowania, potrafił zawrzeć opis różnic kulturowych, obcowania z innym i cech narodowych, które się przy owych spotkaniach ujawniają. W opowieściach ze Śpiewnika zabawa z synem stoi obok pogmatwanej historii, uroki codzienności – z tkwiącym głęboko antysemityzmem. Gdy do tego dodamy nieustanny rozwój Webbera jako producenta, który bawi się afrobeatem i muzyką bałkańską, to nowy album obu panów jawi nam się jako dzieło arcyciekawe. Choć Łona i Webber zdążyli nas do wysokiej jakości przyzwyczaić, to nadal potrafią słuchacza zaskoczyć. Zaśpiewajmy razem z nimi. W domu.

Michał Mościcki

Tony Allen & Hugh Masekela

Rejoice

Cieszyć się lub weselić – tak można najprościej przetłumaczyć i jednocześnie opisać album dwóch gigantów muzycznych korzeni. Rejoice jest bowiem wspólnym dziełem zmarłego niedawno Tony’ego Allena i Hugh Masekeli, który ze światem pożegnał się dwa lata temu. Muzyków współczesnych, którzy powołują się na twórczość obu panów, można by wymieniać bez końca, ale zamiast tego polecam ich ostatni wspólny album, który jest pokazem siły, dojrzałości i otwartości stylistycznej jednocześnie. Charakterystyczna skrzydłówka, charakterystyczna perkusja i cała sekcja rytmiczna, która może i posiada metrum, ale jest ono rozumiane według zupełnie innego, nie europejskiego wzoru. Na Rejoice znaleźć można nie tylko utwory instrumentalne, ale także piosenki, które spajają jazz i afrobeat w jedno, czyli łączą tradycję, powiedzmy, europejską z muzyką swego pochodzenia czy – inaczej rzecz ujmując – korzeni. Panowie zajmowali się tym, zanim to było modne, i robią to nadal świetnie, choć doświadczyć tego możemy już tylko w sposób zapośredniczony. W Polsce płytę wydał, a jakże, specjalizujący się w temacie AsfaltShop.

Marek Szubryt